Moją pasją jest propagowanie wiedzy o kulturze wina. Staram się na ten temat dużo czytać i pisać, a także perfekcyjnie organizować wyjazdy enoturystyczne.
Nadchodzi nieuchronnie moment oswojenia się z myślą, iż czas naszej burgundzkiej eskapady dobiegnie już wkrótce końca.
Na razie jednak jeszcze jesteśmy w Abbaye de Morgeot, skąd rozciąga się jeden z najładniejszych widoków w Bourgogne. W oddali widzimy bowiem pięknie strzelistą wieżę kościoła jakiegoś village i jego czerwone dachy (widzimy dachy bowiem stoimy na wzgórzu).
Nie jest to zupełnie pierwsze lepsze "jakieś tam village", ale nazywa się Santenay i jest ze wszech miar warte odwiedzenia. Ze wszech miar warte odwiedzenia, i to bynamniej nie tylko z uwagi na burgundy jakie się tutaj wytwarza.
Czekają nas bowiem dwa ewenementy zupełnie nie znane w pozostałych częściach Burgundii, a mianowicie dozwolony prawem hazard i źródła termalne.
Co do pierwszej sprawy wszystko jest jasne i klarowne: jesteś zapalonym graczem, wybierz się do kasyna JOA, a poczujesz się jak, nie przymierzając w Las Vegas. Drugi temat jest natomiast bardziej skomplikowany, bowiem źródła co prawda są, ale nieczynne. Pierwsze wzmianki o tutejszych urządzeniach termalnych sięgają początków naszej ery. Szczyt swojego rozwoju Santenay jako stacja termalna osiągnęło w XIX-ym wieku, ale zbyt intensywna eksploatacja źródeł doprowadziła do ich powolnego zanikania. Największa inwestycja - Grand Hôtel des Bains, ostatecznie zamknęła swoje podwoje w 1909 roku. Jak wieść gminna niesie, w chwili obecnej, opracowywany jest projekt restytucji źródeł i odtworzenia w Santenay stacji termalnej.
Wina są również wyjątkowe. Wyjątkowe, bowiem znajdujemy tutaj, podobnie jak w Volnay i Pommard, czerwone burgundy. I to czerwone burgundy najwyższej klasy. Osobiście przypominają mi one niektóre Volnay, ale zdają się być silniej nasycone owocem i bardziej obfite. Caroline, u której ostatnio byliśmy, mą tutaj swoją działkę, z której tłoczy moje ulubione Clos de Tavannes, Premier Cru. Podobnie jak w białych winach Domaine Jean-Noel Gagnard, silnie wyczuwalna jest tutaj "damska" osobowość ich autora. A właściwie autorki, żeby być do końca precyzyjnym.
Wina apelacji Santenay, ale w szczególności te made by Caroline to z reguły burgundy zwiewne, lekkie, powabne i prawdziwie zmysłowe. W tym, konkretnym przypadku, mistrzowskie zrównoważenie bogatego owocu, z rześką kwasowością, nutami przypraw i subtelnie zarysowanymi taninami.
Santenay Clos de Tavannes, Premier Cru, Domaine Jean Noel Gagnard Suknia: ciemna, połyskliwa wiśnia Nos: nuty dymne z czarnymi jagodami i czarnymi porzeczkami w tle Usta: w ataku lekka gorycz spleciona z delikatnymi taninami, predestynujące to wino jako najlepszego towarzysza stołu (np. do dziczyzny, krwistych pieczeni itp) finisz wspaniały, długi, soczysty i przyprawowy.
Pod żadnym pozorem nie można również nie odwiedzić Château de Santenay, niejednokrotnie nazywanego Château Philippe le Hardi. Zamek był onegdaj siedzibą Filipa Śmiałego (Philippe le Hardi), Diuka Burgundii. Fakt, iż diukowie Burgundii nie nosili tytułów królewskich nie przeszkodził im bynajmniej, w tym aby znakomitością swoich dworów, bogactwem miast i hojnością, przyćmić niemal wszystkie koronowane głowy ówczesnej epoki. Do królewskości brakowało im tylko tytułu, jednak na całe szczęście, nie specjalnie się tym przejmowali.
Osobisty spadek, urodzonej w Brugii, Małgorzaty flandryjskiej (żony Filipa), był znacznie większy i bogatszy niż jej męża. Obejmował on m.in. wszystkie większe miasta Niderlandów, takie jak Amiens, Arras, Brugię, Gandawę, Amsterdam i Brukselę. Wiek XV stanowił okres dobrobytu miast średniowiecznych. Ich rozkwit był szczególnie widoczny w dwóch ośrodkach. Na północy Włoch i w Niderlandach tzn. w Burgundii.
Nie trzeba chyba dodawać, iż Château de Santenay wytwarza doskonale burgundy, a degustacja pod okiem i przewodnictwem Gérard'a Fagnoni, to zaiste zupełnie niezapomniane doświadczenie. Szczególnie potężne wrażenie robi na mnie zawsze Beaune Premier Cru, Clos du Roi. Beaune to bardzo duża apelacja (407 ha, trzecia największa w Côte d'Or po Gevrey Chambertin i Meursault) i pewnie dlatego można tutaj znaleźć zarówno wielkie burgundy, jak i zupełne miernoty. Parcela Clos du Roi to też jedna z większych w Burgundii: 8,41 ha / 20 właścicieli i również tutaj mamy do czynienia z dobrem i złem. Na przykład Clos du Roi od Bouchard&Fils bardzo rozczarowuje, natomiast "nasze" od Château de Santenay, jest winem może nie tyle wielkim, co bardzo spokojnym i świetnie zrównoważonym.
Beaune Premier Cru, Clos du Roi, Domaine Château de Santenay Suknia: czerwień owocu granatu Nos: złożony, owocowy (wiśnie, truskawki, porzeczki, wanilia) Usta: długie i pełne, taniny delikatne, w tle czerwone, czarne jagody i przyprawy.
Wczoraj, podczas fejsbukowej wymiany poglądów, obiecałem pewnemu młodemu człowiekowi, że tym razem napiszę więcej o samych winach.
A właściwie to wcale nie o winach, tylko o burgundach. Bo przecież wina to wina, a burgundy, to burgundy. Dwa różne światy. Koniec. Kropka.
Mój rozmówca, nie dość, że się świetnie zna na winach, to czyta mojego bloga. Jakby jednak tego wszystkiego było mało, to nie dość, że czyta, to jeszcze komentuje. I to komentuje z sensem. Francuzi powiedzieliby: incroyable !
Ów młody człowiek do tego stopnia mnie totalnie zaskoczył, iż podjąłem rzeczone zobowiązanie zupełnie wbrew samemu sobie. Nie znoszę bowiem pisać o winach, a czytanie o nich nuży mnie do imentu.
Krótko mówiąc: kultura wina - TAK / wino - NIE.
Tak mnie już dobra bozia zmajstrowała, i nic na to nie poradzę. Jestem jak najdalej od twierdzenia, iż to właśnie ja mam rację, ale klepanie bez końca tych samych formułek jest, przynajmniej dla mnie, cholernie monotonne. Żeby nie powiedzieć dosadniej.
No, ale słowo się rzekło - kobyłka u płota.
W sumie zupełnie nieżle się złożyło, bo dzisiaj jedziemy do Chassagne Montrachet, które w moim prywatnym rankingu najbardziej nudnych i bez wyrazu burgundzkich villages, zajmuje pozycję samotnego lidera, o wiele długości wyprzedzając pozostałą stawkę. Mają tutaj co prawda Château de Chassagne Montrachet, z bardzo sensownymi piwnicami, ale tak cienko się promują, że nigdy do niego jeszcze nie zajrzałem.
Pod żadnym pozorem nie można jednak zrezygnować z wizyty, a to z uwagi na tak pewną damę, jak i pewne miejsce.
Zanim dotrzemy do celu naszej dzisiejszej podróży, musimy najpierw opuścić Puligny Montrachet.
Wyjeżdżamy więc z ryneczku, uliczką vis à vis L'Estaminet des Meix i od razu, za pierwszym budynkiem, w prawo, w dróżkę wijącą się pośród winnic. Może to wygląda nieco skomplikowanie, ale absolutnie warto. Warto dlatego, że dotkniemy, poczujemy, powąchamy, zasmakujemy itp miejsc owianych największymi legendami winiarstwa. Będziemy bowiem w samym "oku cyklonu", a są nim działki (clos) Montrachet Grand Cru, Bâtard Montrachet Grand Cru, Bienvenues Bâtard Montrachet Grand Cru i Chevalier Montrachet Grand Cru.
Na kamiennym murku, otaczającym clos Bâtard Montrachet Grand Cru, wysuszymy butelczynę Crémant de Bourgogne żeby stosownie uczcić ten wielki i totalnie niezapomniany moment. Ouffff.
W samym Chassagne Montrachet mieszkają dwie mega interesujące postaci, z których jedną [prawie] na pewno spotkamy, natomiast drugiej [prawie] na pewno nie spotkamy.
Zacznę od tej drugiej. Jest nią Patrick Maclart, jeden z trzech - czterech, na serio liczących się komentatorów winiarskich / blogerów burgundzkich. Patrick'a na pewno nie spotkamy bo zawsze "lata" gdzieś po winiarzach, domenach, degustacjach itp. Ostatnio pisał wiele o Châteauneuf-du-Pape (w samych superlatywach) i o Beaujolais (bardzo negatywnie). Maclart jest jednym z niewielu komentatorow winiarskich, który nie przynudza. Jego recenzje są krótkie, super treściwe i w punktach. Tym bardziej go nie spotkamy, bo jak wieść gminna niesie, zadurzył się ostatnio nie tylko we włoskich winach, ale również w nadzwyczaj atrakcyjnej Włoszce.
Dla drugiej, z kolei, postaci warto zjechać pól świata, zęby ją poznać. Mam tutaj na myśli Caroline Lestimé, winemakerkę i jedyną dziedziczkę Domaine Jean Noel Gagnard
Caroline jest nie tylko nadzwyczaj atrakcyjną kobietą, to jeszcze nad wyraz rozsądną. Opiekę na winnicami i winifikacją, objęła kiedy tylko jej tatuś, Jean-Noel Gagnard przeszedł na emeryturę, a jako, iż Caroline jest jedynaczką, mogła sama decydować o przyszłości domeny. Podjęła więc odważną zaiste decyzję, iżby zamiast inwestować w marketing, PR, promocję, foldery, tracenie czasu na różnych imprezach winiarskich, targach itp. itd., włożyła wcale niemałą "kasę" w mega precyzyjne badania geologiczno-klimatyczne swoich działek, aby dokładnie posiąść wiedzę co ? gdzie ? i jak ?. Dzisiaj jej śmiała decyzja przynosi fantastyczne rezultaty, ale ona sama pozostaje skromną, prześliczną damą, powtarzająca z uporem maniaka, iż to wcale nie "kasa", ale prawdziwe przyjaźnie prowadzą do sukcesu.
Burgundy Caroline są dziełami sztuki z dominującym, charakterystycznym rysem:
kobiecością.
Wszystkie jej wina są purystyczne, precyzyjne, rasowe i eleganckie. Łatwość ich w piciu jest zupełnie nadzwyczajną, natomiast delikatność jest wspólnym tłem dla rezultatów pracy najwyżej cenionych winemakerów.
Bâtard Montrachet Grand Cru , 2007, Domaine Jean Noel Gagnard
Nad wyraz trudno jest podawać noty degustacyjne dla wina – legendy, wina, o którym powiadają, iż powyżej jest już tylko sufit. Dla mnie osobiście, dodatkową trudność sprawia fakt, iż jestem doskonale świadom czyjego jest autorstwa.
Burgund ponad inne dystyngowany i wyrafinowany, nieprzeciętnie bogaty, o pełnych smakach i potężnym potencjale starzenia (ponad 10 -15 lat). Suknia: złota, połyskliwa. Nos: mango, owoce tropikalne, cytrusy pokrewne pomarańczy. Usta: atak owocowej świeżości, intensywny i bardzo otwarty, niska kwasowość. Beczka: lekko-do-średnio wyczuwalna, z waniliowo tostowym tłem
Na marginesie należy zauważyć, iż tak fermentacja, jak i dojrzewanie w nowych beczkach dębowych niejednokrotnie nadają burgundom silne nuty wanilii, dębu i wędzonki.
W kontekście powyższego opisu, aż samo "pcha" się porównanie z innym, też "największym" białym winem świata. Równie wielkim, ale za to, krańcowo odmiennym.
Corton Charlemagne Grand Cru. Dla większości poważnych krytyków winiarskich, białe Corton-Charlemagne, jest najbardziej "winnym" (vineux), sowitym i szczodrym białym winem całej Burgundii. Niespotykana w innych apelacjach jego nadzwyczajna kompleksowość, wynika z unikalnych warunków geologicznych upraw
(podłoże jasno-żółte, wapienne, silnie kamieniste, doskonale przepuszczalne, głównie utwory jurajskie z górnej jury). Dla ukazania wszystkich swoich najlepszych cech, wino wymagające minimum 5-u lat dojrzewania w beczkach dębowych, przy potencjale starzenia 15 lat, ale niejednokrotnie osiągające swoje apogeum po min. 25 latach, chociaż zdarzają się roczniki, które pokazują swoje najlepsze cechy nawet po 100 latach. I nie jest to wcale nad wyraz rzadkim, czy też zupełnie ekstraordynaryjnym zjawiskiem.
Corton Charlemagne, Grand Cru, 2007, Domaine Olivier Leflaive Suknia: złoto żółta, połyskliwa Nos: głęboki, bogaty, silnie urozmaicony (dojrzałe cytrusy, owoce o żółtym miąższu: morele, młode brzoskwinie) Usta: pełne, silnie zróżnicowane, żywe i zrównoważone, dominująca symbioza nut mineralnych splecionych z miodowymi, ewoluujących w kierunku rejestrów do złudzenia kojarzonych z białym rumem. Beczka: lekko wyczuwalna, dąb, wędzonka, wanilia.
Porównanie tych dwóch burgundów, to wręcz kliniczny przykład jaki wpływ ma konkretny terroir na wino. Winnice Bâtard Montrachet Gd Cru i Corton Charlemagne Gd Cru leżą po przeciwległych stronach Côte de Beaune. Ich warunki geologiczne dramatycznie się od siebie różnią. Dla Corton jest to podłoże wapienne i silnie kamieniste, natomiast w przypadku Montrachet, jest to również podłoże kamienne tyle, że nie wapienne a gliniaste. W obu przypadkach mówimy, piszemy, recenzujemy, degustujemy i wreszcie pijemy wielkie, wielkie wina. Wielkie, ale jakże zupełnie rożne od siebie.
Teraz pozostaje nam do odwiedzenia jeszcze jedno kultowe miejsce, a jest nim Abbaye de Morgeot i otaczająca je winnica Premier Cru.
Abbaye de Morgeot (Opactwo Morgeot) to najsłynniejsza parcela winiarska. Jest ona bowiem najstarszym miejscem uprawy winnej latorośli w całej Burgundii. Historię tą rozpoczęli mnisi Zakonu Cystersów w XII-ym wieku w swoim opactwie. Opactwie dzisiaj opuszczonym i zrujnowanym. W XV w. budynki zostały spalone przez ówczesnego króla Francji, w akcie odwetu na mnichach za ich wierność swojej Pani: Marie, duchesse de Bourgogne. Ostatniej diuszesy dynastii.
Chassagne-Montrachet, Abbaye de Morgeot Premier Cru, 2009, Domaine Jean-Noel Gagnard Suknia: słomkowa, świeża i przejrzysta Nos: delikatny, kwiatowy z dyskretną nutą mentolową, dramatycznie dystyngowany, ale dopiero na skutek sensownego napowietrzenia, ukazuje swoje pełne wartości. Usta: szlachetne, rasowe, w miarę gęste, zbudowane na perfekcyjnie zrównoważonej kwasowości, białe owoce i cytrusy.
Ilekroć degustuję tego konkretnego burgunda, przychodzi mi nieodparcie na myśl, iż INAO (państwowa organizacja nadająca działkom stosowne apelacje), jest tutaj wyjątkowo niesprawiedliwa. Bowiem wino, i to nie tylko moim zdaniem, jest zdecydowanie klasy Gd Cru. Żeby nie powiedzieć, że jeszcze wyżej.
Kolejny village to Puligny Montrachet,a jeszcze następny to Chassagne Montrachet. W każdym z nich zatrzymamy się na dłużej, bo warto.
Wzgórze, a raczej zbocze Montrachet to już ostatnia (posuwając się tak jak my, tzn. z północy na południe) część Côte d'Or. Dalej na południe pozostanie już tylko Côte Chalonnaise, Macon i Beaujolais.
Montrachet to nazwa, która przyprawia o prawdziwy dreszcz emocji koneserów wina, jest bowiem synonimem najwyższych, białych win świata. Przy rzeczonym dreszczu emocji, można jeszcze sobie, nie przymierzając język połamać. Kiedy jednak tylko zrozumie się etymologię tego słowa, to wszystko staje się jasne i proste. Przynajmniej dla nas, Polaków. Otóż po francusku Mont = wzgórze, natomiast rachet = rachityczne. Innymi słowy mamy do czynienia z rachitycznym wzgórzem. W istocie rzeczy gleba tutaj krańcowo uboga. Same kamienie, kamyki odłamki skalne i glina.
Puligny Montrachet, gdzie najpierw się zatrzymamy jest równie senne, jak inne villages, ale ma kilka tematów, które je zdecydowanie wyróżniają. Po kolei są to: nazwisko Leflaive, oryginalny pomnik oddający hołd znojnej pracy w winnicach i L'Estaminet des Meix.
L'Estaminet des Meix, to knajpka, ale knajpka inna niż wszystkie. Przede wszystkim dlatego, że jest [chyba] non-profit, a istnieje dlatego żeby lokalni winiarze mieli gdzie zjeść swoje codzienne, rytualne déjeuner, napić się burgunda, pogadać i poplotkować. Ponadto, co i rusz organizowane są tutaj wieczorne imprezy. Dofinansowywani są więc przez commune de village i lokalny sydykat winiarski. Menu pyszne, proste i tradycyjne. Codziennie inne, ale tylko jedno. Na przykład w tym tygodniu w poniedziałki jest sałata z boczkem, bœuf bourguignon, sery i tarta. We wtorki co innego itd. Atmosfera super familijna, wszyscy się znają i każdy z każdym ma coś do pogadania.
Przy pomniku turyści robią sobie fotki, bowiem jest to jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc.
Z kolei nazwisko Leflaive, to jedno z nazwisk legend Burgundii. Wystarczy wspomnieć, iż Olivier Leflaive reprezentuje sobą 18e pokolenie winiarzy, a jego pra pra dziadowie rozpoczęli tutaj, w Puligny Montrachet swoją działalność winiarską w 1635 roku.
Sam Olivier to również postać zupełnie nietuzinkowa, bowiem nie tylko jest nad wyraz zdolnym i płodnym winiarzem (w portfelu 75 różnych apelacji). Jako jedyny z burgundzkich winiarzy został trzykrotnie wspomniany w słynnej książce winiarskiej autorstwa Kevin Zraly ("Wino, kurs wiedzy"). Zgodnie z tym co sam o sobie powiada, był pierwszym winiarzem francuskim, który zrozumiał jak wielki potencjał biznesowy tkwi w połączeniu produkcji win z enoturystyką i w wyniku tego, zorganizował swój słynny "La table d'Olivier".
Olivier to nie tylko typowy, francuski bon vivant, to również zdolny muzyk (kompozytor). Z kolei jego córka, Julie, to wspaniała zaiste piosenkarka.
Zanim wyruszymy dalej na południe, spędzimy dzisiaj jeszcze kilka chwil w Meursault razem z Bertrand'em Darviot, z którym łączy nas silna nić wzajemnej sympatii i zaufania, żeby nie powiedzieć - przyjaźni.
Jako się rzekło, Państwo Darviot tzn. Bernadette i Bertrand są nie tylko właścicielami, jednego z najpiękniejszych miejsc [moim zdaniem] w całej Burgundii, czyli Château de la Velle, ale są również wspaniałymi winiarzami z dziada pradziada.
Korzenie winiarskie rodziny sięgają Rewolucji Francuskiej, natomiast ich château, jest jednym z najbardziej niezapomnianych miejsc w całej Burgundii. Historia Château de la Velle rozpoczęła się mniej więcej XIII-ym wieku. Stanowi on własność rodziny Darviot od 1780, natomiast obecni właściciele, Bertrand i Bernadette Darviot (dziewiąte, kolejne pokolenie winiarzy), zamieszkali tutaj w 1973 roku. Zanim to nastąpiło, Domaine Darviot, zlokalizowana była w okolicach Beaune, gdzie do dzisiaj znajduje się znakomita większość ich winnic.
Znakomita większość, lecz za wyjątkiem jednej, ale za to bardzo ważnej, a mianowicie Clos de la Velle, która jest niejako "przytulona" do wschodniej ściany château.
Nadzwyczaj rzadko się tutaj tzn. w Burgundii zdarza, aby syn winiarza nie poszedł w jego ślady. Jednak w tym wypadku jest inaczej, bowiem "następca tronu" poświęcił się innej pasji życiowej, zakochał się bowiem w górach i został jednym z czołowych alpinistów francuskich. Może dlatego, iż przy dobrej pogodzie (przejrzyste powietrze) z podwórza Château de la Velle, widać świetnie wiecznie biały wierzchołek Mont Blanc. No, ale pozostały dwie córki aby objąć schedę. Na całe szczęście.
Naszym ulubionym winem, jakim zwykle raczy nas Bertrand to, Beaune Vieilles Vignes, 2005, Domaine Château de la Velle.
Rozkoszny to zaiste czerwony burgund Côte de Beaune, koloru głębokiego, ciemnego rubinu.
Nos bogaty, bukiet złożony, z dojrzałymi wiśniami i kirschem w tle.
Usta w ataku zdecydowane, z lekką goryczką, jednak silnie popartą obfitym owocem (czarna porzeczka, wiśnia, czerwona czereśnia), przyjazna, zdecydowana kwasowość, wibrująca rześkość na podniebieniu, długi, owocowy finisz z taninami w tle.
Świetnie się składa, że dzisiaj będziemy w Meursault, bo akurat na ten weekend, nasz bardzo, bardzo zaprzyjaźniony lokalny winiarz, Bertrand Darviot zaplanował dni otwarte w swoim Château de la Velle. Innymi słowy otwarte piwnice, cały weekend degustacji i cały szereg winiarskich atrakcji. Atrakcje rzeczone co roku są inne, więc dzisiaj nie ma najmniejszego sensu opisywanie tego, co dopiero będzie miało miejsce.
Meursault jest zupełnie rożne od Pommard. Jest urocze, pełne charakteru, wigoru i osobowości. Ponadto jest wyjątkowe, posiada bowiem, na ten przykład, swój własny sklep ogólno spożywczy (Casino), ma również swoje własne merostwo zlokalizowane w przepięknym zameczku. W czwartki, na rynku, odbywa się marché czyli targ. Nie tak okazały jak w każdą sobotę w Beaune, ale fajnie jest tam przyjść i pogadać z Jean-Marc Kalinowski, Charcutier-Traiteur, którego wyroby wędliniarskie, pasztety, teryny itp zdobyły sobie najlepszą renomę w całej Burgundii. Jean-Marc jest więc co tydzień na ryneczku w Meursault i ze swojej rzeźnickiej Renault sprzedaje rzeczone pyszności. Nie muszę chyba dodawać, iż jest nad wyraź sympatyczny i nie mówi słowa po naszemu.
Meursault wyróżnia się jeszcze jednym, bardzo rzadko spotykanym zjawiskiem, a mianowicie w każdą niedzielę, o 10:00 odprawiana jest msza w lokalnym kościele. Nie ma tutaj co prawda żadnej parafii, więc ksiądz jest tzw. "objazdowy" tzn., że w niedziele objeżdża kilką villages, gdzie akurat uchował się zwyczaj chodzenia na niedzielne msze. Z kronikarskiego obowiązku, odnotować należy, iż ksiądz, o którym mowa, pochodzi z Martyniki.
W przeciwieństwie do Pommard i Volnay, Meursault jednoznacznie kojarzy się z winami białymi. Są one tutaj nawyższych możliwie rejestrów spośród wszystkich białych win naszego globu. W młodości suknia blado-złota, z wiekiem przechodząca w niuanse bursztynowo-złote. Nos nieskończenie delikatny i obfity, z dominującymi nutami maślanymi, pieczonych jabłek, cytrusów, ananasa, lipy, paproci, jałowca, cynamonu i krzemienia. W tle niejednokrotnie nuty zwierzęce (skóra) i truflowe, towarzyszące szczególnie rocznikom starym (25-30 lat). W ustach, nadzwyczaj silnie skoncentrowana, niewyobrazalnie szeroka paleta smaków.
Podsumowując:
Mega bogate wina, zachwycające zdumiewającą
koncenteracją, dystynkcją i zrównoważeniem.
Rzadko spotykana totalna symbioza szczepu ze swoim terroir i przez to,
a właściwie, dzięki temu doskonala ekspresja rzeczonego siedliska.
Nasz winiarski mentor, prof. Ludwik Stomma, ma zresztą podobne mniemanie o białych winach:
Tylko białe wytrawne wina rozjaśniają umysł.
Kolejną potężna atrakcją Meursault, jest Château de Meursault. Może nie tak okazały jak prawie o miedzę sąsiadujący z nim, Château de Pommard, ale za to oferujący arcy-ciekawą trasę turystyczną zwiedzania piwnic zamkowych (najpiękniejsze piwnice Burgundii), połączoną oczywiście z niezapomnianymi degustacjami.
Legendarnego Volnay, matecznika najelegantszego, czerwonego wina w świecie.
Jesteśmy już teraz w Côte de Beaune, a więc królestwie białych burgundów.
Królestwie białych burgundów, ale z dwoma czerwonymi wyjątkami. Są nimi właśnie apelacje Pommard i Volnay. Pomiędzy oboma apelacjami, jest właściwie tyle samo podobieństw, jak i fundamentalnych różnic.
Niewątpliwymi podobieństwami, czy też identycznościami, są fakty, iż zarówno Pommard, jak i Volnay wytwarzają wyłącznie wina czerwone. Żadna z nich nie posiada ani jednej działki Grand Cru. Podobieństwem jest również fakt, iż działki obu apelacji leżą po sąsiedzku.
Poza powyższymi paralelami, dosłownie wszystko rożni oba wina.
Przede wszystkim różnią się od siebie ciałem. Volnay, w przeciwieństwie do Pommard są lekkie, zwiewne i nadzwyczaj finezyjne. Niejednokrotnie określane są jako najbardziej "kobiece" wina Burgundii. Finezja, siła i bukiet, to trzy cechy, za które są najwyżej cenione. W zależności od terroir, są bardziej lub mniej żwawe i bardziej lub mniej wytrawne. Suknia pokazuje się od ożywczo rubinowej do ciemnego bordo. W nosie fiołki, porzeczki, wiśnie, a z upływem czasu nuty przyprawowe, dziczyzna i powidła śliwkowe. Usta z kolei, to pełna kompleksowość, jednak prezentowana w sposób nad wyraz delikatny i zniuansowany. Wino stosunkowo szybko otwierające się, rześkie w ataku i płomienne w finale. Popijając spokojnie jakieś sensowne Volnay, odnosi się nieodparte wrażenie połykania owoców w nim zawartych i oddychania jego ciałem.
Nadzwyczaj trafnym określeniem jest tutaj:
Volnay - kropla perfekcji w oceanie win czerwonych.
Volnay to jedno z dziesiątek, prawie nie różniących się od siebie burgundzkich villages (miasteczek). Nie różnią się one wiele od siebie, bowiem w znakomitej większości położone są pośród winnic tzn. są nimi otoczone. Praktycznie wszystkie domy są bardzo, bardzo stare, wykonane z lokalnego kamienia i zamieszkałe od pokoleń, przez rody winiarskie. Dominującymi tutaj nazwiskami są Rossignol i Boillot. Każde z burgundzkich villages bez wyjątku, posiada ryneczek (marché) z kamiennym kościółkiem z bardziej lub mniej strzelistą wieżą i dzwonem wybijającym pełne godziny.
To z czym my Polacy, z trudnością możemy się oswoić to fakt, iż kościół co prawda jest, tyle że zamknięty na cztery spusty, a dzwon uruchamiany jest elektronicznie.
Na pierwszy rzut oka, miasteczko zdaje się być leniwe i senne. Nic jednak bardziej złudnego. Praca winiarza to nigdy nie kończący się wysiłek przez 365 dni w roku. Każda pora roku wymaga innej pracy, czy to w winnicy, czy to już przy winifikacji samego soku z winogron zaraz po winobraniu. Sama nazwa Volnay, pochodzi od pogańskiego bożka wód źródlanych - Volan.
Zgodnie z tradycją od 2005 r., miłośnicy apelacji, spotykają się corocznie w ostatnią sobotę czerwca,na swoim święcieÉLÉGANCE DES VOLNAYS.
To jest zupełnie niezapomniany zlot najbardziej zakręconych fanów Volnay z całego świata.
Sama impreza, jest na pewno bardzo daleka od naszych przyzwyczajeń piknikowo-eventowych z głośną muzyką, dmuchanymi zjeżdżalniami, balonami i innymi balonikami, żeby nie wspomnieć o nieodzownym pyfku w plastikowych kubkach.
Święto jest przede wszystkim skromne. Skromne podobnie jak cała Burgundia.
Składa się ono zawsze z kilku standardowych wydarzeń, a mianowicie:
1. Konkurs na najlepsze crus, wyłaniane w degustacji w ciemno przez wyłącznie (!) damskie jury
2. Degustacje w winnicach i w piwnicach u winiarzy
3. Nasadzenie, przez Przewodniczącą jury, nowych sadzonek winnej latorośli na wysoko położonej działce (climat) Premier Cru Clos Elégance, dla upamiętnienia wydarzenia
4. Wieczorny bankiet
Ponadto, przez cały czas udostępniona jest dla gości Cave aux Arômes (Piwnica Aromatów), gdzie samemu można z dziecinną łatwością nauczyć się rozpoznawać zapachy jakie odnajdujemy zwykle w naszym kieliszku burgunda.
Najbardziej niezapomnianymi zdarzeniami są bez wątpienia degustacje w winnicach i wieczorny bankiet.
Podczas tego ostatniego, dania przygotowane są przez najbardziej renomowanych szefów, natomiast burgundy, to najcenniejsze butelki dostarczane przez lokalnych winiarzy.
Degustacje w winnicach, gwarantują niebywałą zaiste okazję poznania tak najwspanialszych Volnays w jednym miejscu i w jednym czasie, jak i profesjonalistów i entuzjastów-amatorów enologii.
Stoły degustacyjne, pod namiotami, rozstawiane są nie w jednym, ale w dwóch miejscach. Miejsca te (chapiteaux) zlokalizowane są w dolnej (apelacje Bourgogne i Village) i w górnej części winnic (Premier Crus). W ubiegłym roku, do degustacji przygotowano burgundy z 31 domen, natomiast komunikację pomiędzy samymi chapiteaux, jak i rynkiem, zapewniały bezpłatne, konne bryczki. Największym problemem organizatorów zdawał się jednak być nieprawdopodobny wprost upał, który często niekorzystnie wpływał na odpowiednią temperaturę degustowanego wina. Co prawda wszystkie wina przechowywane były w zaparkowanych przy stołach samochodach chłodniach, jednak zawsze korzystniej było sprawdzić czy burgund nie stał zbyt długo na stole.
I ja tam byłem. Co prawda miodu nie piłem ale Volnays – tak. Zawsze byłem zauroczony tą apelacją, ale to co odkryłem w kilku z degustowanych win, pozostawi na pewno nigdy nie zatarte wrażenie. Takimi „gwiazdami” (przynajmniej dla mnie) były Premier Crus od Domaine Lucien Boillot Volnay: 1er Cru „Caillerets” '07 i od Marquis d’Angerville: Volnay 1er Cru '98.
Tegoroczna feta przypada na 30 czerwca. Już nie mogę się doczekać.
E-butik DOOKOLAWINA ruszył z kopyta, wisi w sieci, reakcje np. na fejsbuku są raczej przychylne. Nie hurra-entuzjastyczne, ale na pewno ani nie zgryźliwe ani złośliwe. Fejsbukowa grupa DOOKOLAWINA, po dwóch dniach działania liczyła sobie blisko 400 członków. Rodzime środowisko winiarskie nabrało wody w usta i milczy solidarnie.
Już nie będę rekapitulował gdzie dotychczas byliśmy w naszej wędrowce po Burgundii, co oglądaliśmy i jakie wina degustowaliśmy, bo do końca życia nie skończę tej sagi.
Dzisiaj pojedziemy dalej na południe i dotrzemy do Pommard.
Wyjeżdżamy więc przy pomocy Boulevard Bretonnière z Beaune, przy której
to ulicy mieści się m.in. jedna z najsłynniejszych ikon Burgundii, a mianowicie wytwórnia musztardy Dijon (Moutarderie Fallot) gdzie do dzisiaj dnia stosuje się najstarsze metody produkcji tego smakołyku. Żarna, na ten przykład, na których miele się gorczycę, są kamienne i sprawiają wrażenie jakby były jeszcze ze Średniowiecza. A może rzeczywiście są ?
Przy samym wylocie z Beaune, czeka na nas spore rondo, które jest bardzo ważnym rondem. Ważnym dlatego, że to tutaj właśnie należy podjąć ostateczną decyzję, którą drogę wybrać. O ile skręcimy w lewo, to dojedziemy do autostrady - zupełnie bez sensu. O ile pojedziemy prosto, to będzie już nieco lepszy wybór. Będziemy się wówczas poruszać po Route Departementale 974 (RD 974), która łączy ze sobą wszystkie villages po drodze. Najlepszy jednak wybór to z ronda skręcić lekko w prawo, i wtedy, również od village do village, ale za to cały czas winnicami, pomiędzy murkami i super wąskimi zaułkami. Uroczo, urokliwie i nad wyraz romantycznie.
Pommard jest położone kilka, tzn 7-8 km od ronda, więc w chwilę później już tam jesteśmy.
Powiem szczerze, że osobiście jakoś ciągle nie mogę się przekonać ani do tego miasteczka, ani do burgundów lokalnej apelacji. Moim, zupełnie subiektywnym zdaniem, tak samo village, jak tutejsze wina, pozbawione są zarówno wyrazu, jak i charakteru.
Burgundy apelacji Pommard zrobiły onegdaj prawdziwą furorę na rynku amerykańskim i chyba stąd bierze się ich ogromna sława. Nie ma tutaj żadnej winnicy apelacji Grand Cru (aczkolwiek ostatnio, tutejsi winiarze wystąpili o to do INAO i chyba w stosunkowo niedługim czasie powinni ją uzyskać).
Pommardy, generalnie są cięższe, bardziej obfite i pełniejsze niż pozostałe czerwone burgundy. Osobiście najbardziej sobie cenię Pommard Villages. Victor Hugo określił ich suknię jako walkę dnia z nocą, są bowiem głęboko czerwone, a właściwie to rubinowe, z charakterystycznymi, fioletowymi refleksami. W nosie czarne jagody, jeżyny, porzeczki, pestki wiśni i dojrzałe śliwki. Oznaką dojrzałości są nuty skóry, czekolady i pieprzu. Z upływem lat możliwa jest ewolucja w kierunku nut kocich i dzikich zwierząt. Strukturę mają delikatną, ale zdecydowaną. W ustach bogaty owoc zrównoważony silnymi taninami.
Podsumowując: bogate i obfite wina o sporym ciele i mięsistości.
Poza samymi pommardami, niewątpliwą atrakcją jest tutaj Château de Pommard. Wjeżdżając do miasteczka od strony winnic, dosyć trudno go znaleźć, ale za to od strony, wyżej wspomnianej RD974 - wspaniale widoczny. Widoczny w tle swojej własnej winnicy (clos, chyba Premier Cru, ale nie jestem pewien), pyszniącej się na całej przestrzeni pomiędzy szosą, a zamkiem. Do samego château, też nie mam jakoś specjalnej melodii, pomimo, iż jest tutaj stała ekspozycją prac Salvadora Dali, no i piękne piwnice, a w nich piękne degustacje.
Natomiast sam park przy-zamkowy jest zaiste nadzwyczajnej urody.
Jest jednak jedna rzecz, którą autentycznie bardzo lubię i cenię w Pommard. Nie jest to właściwie rzecz, tylko osoba. Winiarz ów , nazywa się Gilles Brzezinski i mieszka u samego wylotu z Pommard w kierunku Meursault (ostatni budynek po prawej). Oczywiście tak, jak większość osób noszących tutaj polsko brzmiące nazwiska, nie mówi ani słowa po naszemu. Natomiast Gilles, jest chyba najbardziej sympatycznym, otwartym i pogodnym
winiarzem jakiego udało mi się kiedykolwiek spotkać podczas burgundzkich peregrynacji.
Wino i seksualność zawsze szły w parze. O fakcie, iż wino jest afrodyzjakiem, nauczali już Plutarch i Piliniusz Starszy.
Mitologia grecka wspomina o tym, iż napój ten powstał z łez Dionizosa, który stał się w ten sposób bogiem wina i płodności. W całej antycznej Grecji, co roku podczas świąt wiosennych odbywały się ceremonie ku czci Dionizosa, pod znakiem odrodzenia się poprzez wino – napój nieśmiertelności, ale także pod znakiem mocy seksualnej i płodności natury. Co roku więc miał miejsce rodzaj karnawału, podczas którego brano udział w paradzie z rzeźbą przedstawiająca ogromnego fallusa. Królowa święta łączyła się cieleśnie z mężczyzną, który symbolizował Dionizosa. To królewskie połączenie było rytuałem płodności i odrodzenia się wiosny.
W XIII-ym z kolei wieku, mnisi poddani byli w swoich klasztorach surowej regule Helmoda, która jednoznacznie stwierdzała, iż:
Osoby duchowne winny pić wina dużo,
bo w umiarkowanych ilościach drażni zmysły.
Badania potwierdziły, że umiarkowane spożycie czerwonego wina wzmaga pożądanie u kobiet. Nie wiadomo jeszcze jednak, jakie mechanizmy są za to odpowiedzialne.
Bez wątpienia jednak nikt nie zajmował się naukowo jego rzeczywistym wpływem na zachowania seksualne pijących wino.
Aby sprawdzić legendę dionizyjską, grupa włoskich badaczy wzięła na warsztat zależność między trawieniem wina i funkcjami seksualnymi u zdrowych kobiet.
Do tej pory prace badawcze skupiały się na związku alkoholu z seksualnością męskiej części populacji. Nikt jednak nie pokusił się o badania nad skutkiem spożywania napojów procentowych przez płeć piękną.
Naukowcy z uniwersytetów w Turynie i Florencji zweryfikowali badania na grupie 798 kobiet z Toskanii. Każda z uczestniczek była w stałym związku od co najmniej trzech miesięcy.
Kobiety podzielono na trzy grupy. Pierwsza składała się z kobiet, które wypijają jeden lub dwa kieliszki wina dziennie (spożycie umiarkowane). W drugiej grupie znalazły się panie niepijące. Trzecia grupa to kobiety, które piją od czasu do czasu, na pewno mniej niż kieliszek dziennie. Wszystkie badane codziennie wypełniały oparty na 19 pytaniach kwestionariusz ewaluujący życie seksualne w kategoriach: pożądanie, subiektywne podniecenie, nawilżenie, orgazm, satysfakcja i ból.
Wyniki badań opublikowane w Journal of Sexual Medicine pokazują, że kobiety, które wypijały jeden lub dwa kieliszki czerwonego wina dziennie wyżej oceniały pożądanie, nawilżenie i ogólnie funkcje seksualne niż pozostałe dwie grupy kobiet. Poza tym alkohol nie wpływał na inne parametry seksualności kobiet.
Naukowcy nie wiedzą jeszcze, jakie mechanizmy kierują zależnością między piciem wina i czynnościami seksualnymi u kobiet. Uznają też, że konieczne są dalsze badania nad tematem. Jedna z hipotez mówi, że za poprawę aktywności seksualnej odpowiedzialne są polifenole zawarte w czerwonym winie. Czerwone wino zawiera bowiem więcej tych związków niż pozostałe napoje alkoholowe.
Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, iż konwersacja o winie jest najważniejszym etapem degustacji.
Podsumowuje ona bowiem [konwersacja], dotychczasowe obserwacje, precyzuje doznania i definiuje ocenę stylu degustowanego wina. Jednocześnie też, etap ten jawi się jako swojego rodzaju egzamin ze zdolności oratorskich i fantazji w określaniu i opisywaniu wrażeń jakie zostały odebrane i zapamiętane.
Im bardziej poetyckiego języka będziesz używał - tym lepiej.
Konwersacja o winie, przy winie, jest zwieńczeniem udanej degustacji. Jest ona również doskonałym ćwiczeniem naszych zdolności poetycko-oratorskich, zmusza nas bowiem do jasnego i precyzyjnego określania i opowiadania o sekretach, które odkryliśmy w degustowanych winach.
Wielki miłośnik i znawca win, Salvador Dali, zwykł był mawiać:
Kto potrafi degustować wina,
nie pije ich już więcej,
jedynie odkrywa ich sekrety.
Bieżące informacje, jakie napłynęły do nas z dalekiego Hong Kongu, zdają się świadczyć o tym, iż mamy do czynienia, w chwili obecnej, z prawdziwą rewolucją hi-tec w świecie szkła.
Otóż na ostatnich targach VINEXPO, w Hong Kongu rzeczonym, znana i szacowna firma Chef&Sommelier (dawniej Mikasa) zaprezentowała swoje, nie tylko, że przepiękne wyroby, to jeszcze wykonane z zupełnie niezwykłego szkła. Szkła marzeń .
Zostało ono tam jednogłośnie uznane szkłem nowej generacji, a zdaniem Decanter.com, jest to najistotniejszy wynalazek od czasu opracowania technologii zautomatyzowanej produkcji szkła kryształowego.
Patent ów nosi nazwę *******KVARX®*******, jest wynalazkiem i własnością firmy ARC INTERNATIONAL.
Nie trzeba chyba tutaj dodawać, iż stanowi jej najpilniej i najskrupulatniej strzeżoną tajemnicę. Jedyną odpowiedzią, jaką służy w tym temacie prezes ARC, Phippe Durand, jest zdawkowe: Kwarx jest nowym materialem. Zaiste nie jest to nazbyt szeroka i wyczerpująca informacja ale, z drugiej strony, chyba trudno się dziwić prezesowi.
Technologia kvarx, osiągnęła coś, co do dzisiaj dnia wydawałoby się być zupełnie nieosiągalne.
Szkło *******KVARX®******* jest bowiem nie tylko nie-tłukące się, to jeszcze okazuje się być absolutnie przeźroczystym i doskonale połyskliwym. Jednoznacznie stwierdza się, iż jest to [aktualnie dostępny] najbardziej przejrzysty materiał. Współczynnik przeźroczystości wynosi prawie 100, a z kolei współczynnik bezbarwności jest bliski zeru, tzn. bliski doskonałości.
Innymi słowy, możliwości prawidłowej oceny tak intensywności barwy wina, jego sukni i gęstości, umożliwiane są w sposób bliski ideałowi.
Poza wspomnianą już nie-tłukliwością, materiał ten nadaje szkłu fenomenalną wprost wytrzymałość i odporność. Podczas niezależnych testów, udowodniono, iż zachowuje ono swój perfekcyjny blask nawet po ponad 2000 cyklach mycia maszynowego.
Chef&Sommelier (C&S), który należy w 100% do ARC INTERNATIONAL, posiada wyłączność na stosowanie tej technologii.
Podczas ostatnich targów VINEXPO w Hong Kongu C&S zaprezentował jeszcze inny istotny detal. Tym razem jednak tyczący swoich karafek i dekanterów.
Otóż wszystkie one, jak jeden mąż, mają szyjki pokryte od wewnątrz materiałem o nazwie *******DROP-CONTROL®*******.
Technologia ta, całkowicie zapobiega, z kolei, tworzeniu się i pozostawaniu jakichkolwiek kropel w szyjce karafki. Dzięki temu, serwis winiarski przy stole, będzie stał na równie perfekcyjnym, co i profesjonalnym poziomie.
Przystoi tutaj dodać, iż technologia *******DROP-CONTROL®*******, jest absolutnie niewidoczna dla oka, a także nie ma żadnego wpływu na samo wino.
Fakt, iż w chwili obecnej nie mam w ogóle czasu włóczyć się z Wami, tam i z powrotem po Burgundii, wcale nie musi oznaczać, że ktoś mi zabroni dzielić się, w tak zacnym gronie, moją wiedzą na temat kultury wina.
Dla zabicia czasu, pozwolę sobie więc, posługiwać się tzw: wrzutkami.
A oto pierwsza z nich:
LAGUIOLE
Historia powstania legendarnych ******* NOŻY LAGUIOLE *******, jest tyle ciekawa, co
nieskomplikowana.
Laguiole (czyt: lajol) to niewielka miejscowość położona u stóp Pirenejów, w południowej Francji.
W czasach bardziej niż zamierzchłych, pasterski lud zamieszkujący te okolice, zwykł był wędrować wszędzie tam, gdzie to możliwe. I gdzie niemożliwe takoż. Ulubionym miejscem ich wypraw, stała się sąsiadująca Iberia (półwysep iberyjski, obecna Hiszpania), opanowana podówczas przez barbarzyńskie plemiona Maurów i Sarracenów.
Nasi bohaterowie podpatrzyli tam, a także opanowali know-how produkcji stali-ikony Średniowiecza, a mianowicie słynnej stali sarraceńskiej.
Kiedy tylko powrócili do swojego matecznika w Laguiole, połączyli świeżo nabytą wiedzę ze znajomością wytwarzania ich własnych, tubylczych noży, stosowanych tutaj "od zawsze" do bicia owiec i innego bydła.
I w ten oto sposób, zrodziły się kolekcje noży i nożyków, scyzoryków i gilotynek do cygar, korkociągów i pipe tools etc., stanowiących symbol mega perfekcjonizmu, niedoścignionej jakości i nieporównywalnej elegancji.
Laguiole jest więc nazwą miejscowości, a nie nazwą producenta. Zlokalizowanych jest tutaj cały szereg mniejszych czy też większych wytwórców, bardziej renomowanych czy też mniej renomowanych, albo po prostu lepszych czy może gorszych. Dwóch najsłynniejszych w świecie spośród nich to ******* FORGE DE LAGUIOLE ******* i ******* CHÂTEAU LAGUIOLE *******
Na zdjęciu chyba najpiękniejszy korkociąg przebogatej kolekcji CHÂTEAU LAGUIOLE, o orientalnie brzmiącej nazwie Kamiya Tazaki (projektant rzeczonego korkociąga ?).
Przepraszam wszystkie moje czytelniczki i czytelników (o ile jeszcze takowe i takowi pozostali) za tak nieskończenie długą przerwę w burgundzkiej pisaninie.
Bynajmniej nie jest to wynikiem mojego wrodzonego lenistwa, ale bardzo silnie zaangażowałem się w budowę nowego portalu internetowego nt. kultury wina. Zajęcie to, zaiste pasjonujące, nie pozwala mi na jakikolwiek inne aktywności.
O ile nie stracicie cierpliwości, to myślę, że wrócę do normalnego rytmu za jakieś 2-3 tygodnie, kiedy to pojedziemy dalej z Beaune na południe. Czeka nas przecież Pommard, Meursault,Puligny Montrachet, Chassagne Montrachet i dalej Côte Chalonnaise, żeby nie wspomnieć o Mercurey i Beaujolais.
Kilka uwag ogólnych, pisanych bez ładu i składu, ale za to z ogromnym sercem o bajkowym zaiste miejscu jakim jest Bourgogne.
*********************************************************************
CZĘŚĆ X
NIE CHCEM, ALE MUSZEM
Wiedziałem, psiakrew, iż prędzej czy później przyjdzie taki moment, kiedy będę musiał coś niecoś napisać na tematy, których nie lubię, a nie lubię ich dlatego, bo są nudne. Po prostu nudne. Muszem jednak o nich trochę poprzynudzać, bo inaczej sam bym się pogubił w tych wszystkich zawiłościach, braku reguł i temu podobnych niuansach, które zamierzam tutaj powoli i spokojnie snuć. Pisząc te słowa, mam na myśli, palącą skądinąd potrzebę opowiedzenia o burgundzkich apelacjach, regionach i subregionach winiarskich, a także jak czytać etykiety. Cholera.
No to do roboty.
Jako się rzekło Burgundia jest wąska, dosyć długa i ciągnie się z północy na południe (albo odwrotnie – jak kto woli), mniej więcej po środku Francji, ale nieco bardziej w prawo, a jej stolicą jest Dijon, jedno z najpiękniejszych miast pod słońcem.
Jądrem całego regionu jest niepowtarzalne Côte d’Or, a w nim dwa podregiony winiarskie: a mianowicie Côte de Nuits (CdN) (część północna) i Côte de Beaune (CdB) (część południowa). Jeszcze poniżej, a więc jadąc dalej na południe, krajobraz zmienia się na bardziej pagórkowaty (różne ekspozycje stoków, przez co inne wina) i CdB przechodzi w Côte Chalonnaise, a następnie w Maconnais, żeby na samym końcu tej wędrówki, dotrzeć do Beaujolais. Na samej górze natomiast, tzn. po przeciwnej stronie (mniej więcej w połowie drogi z Paryża do Dijon), innymi słowy na północ, i aż 100 km od Beaune, położony jest inny legendarny region, a mianowicie Chablis.
Jak wieść gminna niesie, z uwagi na swoje, takie a nie inne położenie, a także swoją nazwę-ikonę, winiarze z Chablis kombinują jakby tutaj oderwać się od Bourgogne i stworzyć własny region. Na razie to nie jest nic pewnego, ale chyba coś musi w tym być, bo plotka powtarzana jest co i rusz w przeróżnych źródłach.
Należy tutaj wspomnieć jeszcze o sub-regionach, Hautes Côtes de Nuits i Hautes Côtes de Beaune. W tłumaczeniu na „nasze” to znaczy wyższe (wysokie) partie CdN i CdB. Są to działki położone najwyżej, a jako iż warunki klimatyczne (wiatry, niższe średnie temperatury itp.), a także, z reguły, niższa ekspozycja stoku tamże, są mniej korzystne dla wegetacji winnej latorośli, nie znajdujemy tutaj więc działek GC. Jednak to właśnie tutaj można śmiało szukać prawdziwych „perełek” winiarstwa, i to za najbardziej sensowne ceny. Szereg bowiem tutejszych parcel klasyfikacji villages, spokojnie może się równać z PC lub GC, tym bardziej, iż niejednokrotnie z nimi graniczą.
Burgundzkie winnice uprawiane są w pasie długości 250 km i szerokości 2 km.
Nazwa Bourgogne na etykiecie, znaczy, iż zwartość butelczyny, którą właśnie trzymasz w ręku, została wyprodukowana z gron zebranych w Burgundii. Nie precyzuje ona, która działka urodziła grona rzeczone, natomiast czasami (ale wcale nie koniecznie) z grubsza region zbiorów (np. Bourgogne Hautes Côtes de Beaune) Innymi słowy jest to najniższa kwalifikacja (apelacja), najmniej wartościowa i przez to – najtańsza. Produkcja: 54,5%
Ilekroć natomiast napotkasz określenie Villages + nazwa np. miasteczka (village), ewentualnie bardziej precyzyjne określenie np. nazwa zbocza, masz wówczas do czynienia z winem wytłoczonym wyłącznie z tego, in expressis verbis określonego obszaru (np. Côte de Nuits Villages, „Les Monts de Boncourt”). Dopuszcza się nazwę climat, ale nie jest to obowiązkowe. Produkcja: 34%
Kiedy natomiast na etykiecie znajduje się nazwa miasteczka (village) + Premier Cru (PC), albo Grand Cru (GC), musi temu towarzyszyć obowiązkowo nazwa działki (clos) z jakiej zostały zebrane winogrona (np. Volnay, Premier Cru, „Les Caillérets”). Produkcja: 10% (PC) i 2% (GC).
Pozostałymi dwoma informacjami zawsze wymaganymi na etykietach burgundów, jest rocznik zbiorów i nazwa winiarza (domaine). Między bogiem a prawdą, to tutaj właśnie jest „pies pogrzebany”, bowiem żeby umieć i pojmować burgundy, bezwzględnie należy znać dobre, mniej dobre czy też słabe roczniki (osobno dla win białych i czerwonych), a także zdolności winiarskie, styl, know-how i reputację każdego z producentów, tzn. bagatela 4 000 winiarzy.
Żeby to wszystko skutecznie przyswoić, najlepiej jest tam się wybrać samemu. Kiedy już tutaj przyjedziesz, to:
Wybierz się na ten przykład (samochodem jest OK) dróżką pośród winnic prowadzącą od Château Clos de Vougeot do Ladoix Serrigny. Poprowadzi Cię ona w górę, aż do linii lasu.
Zatrzymaj się tam na chwilę.
Patrząc na północ (tzn. w lewo), kątem oka zauważysz, iż poniżej, za szosą, teren jest zupełnie płaski i praktycznie w całości pokryty winnicami .Wina tłoczone z tych winnic mają prawo nosić nazwę wyłącznie: Bourgogne (Appellation Régionale)
Przed szosą natomiast (tzn. po tej samej stronie, po której stoisz), teren zaczyna się lekko wznosić, jest również pokryty winnicami, ale to właśnie tutaj ulokowały się praktycznie wszystkie wioski i miasteczka winiarskie (villages). Wina z tych winnic, uprawianych pomiędzy rzeczonymi villages, w ramach swojej apelacji noszą nazwę: Villages (Appellation Communale)
W miarę dalszego wznoszenia się terenu i przechodzenia jego rzeźby w zbocza, następuje wzrost unikalności samych terroirs (np. lepsze nasłonecznienie, silniejsza ekspozycja). Burgundy tutaj wytwarzane to: Premiers Crus
Najwyższą jakość zbiorów, a przez to najcenniejsze i najdroższe wina, dają winnice położone wyżej (ale nie najwyżej) na wzgórzach i o znacznym nachyleniu stoku, a to z uwagi na najlepsze nasłonecznienie, unikalne mikroklimaty i najlepszy drenaż (woda opadowa spływa natychmiast do podnóża stoku, nie pozostając w winnicy), są to: Grands Crus
W 1975 r. narodziła się jeszcze jedna apelacja. Jest nią Crémant de Bourgogne.
Od bieżącego roku (2012 r.), wprowadzona zostanie nowa apelacja - AOC Coteaux Bourguignons, która zdaniem INAO, ma uprościć i ujednolicić system apelacji dla win ze średniej i wyższej półki, ale w szczególności ma być bardziej przyjazna dla nowych entuzjastów burgundów.
Kilka uwag ogólnych, pisanych bez ładu i składu, ale za to z ogromnym sercem o bajkowym zaiste miejscu jakim jest Bourgogne.
*********************************************************************
CZĘŚĆ IX
CLOS i CLIMATS
Winiarska Burgundia charakteryzuje się zupełnie nieprawdopodobnym rozdrobnieniem działek, zwanych tutaj clos.
Clos (franc: zamknięty) oznacza działkę otoczoną murkiem, albo wręcz murem z kamieni. Ogrodzenie takowe, stwarza wewnątrz clos unikalny mikroklimat (chroni przed wiatrami, niweluje amplitudy temperatur pomiędzy dniem a nocą, daje schronienie ptactwu, stwarza korzystniejsze warunki egzystencji dla np. dżdżownic spulchniających najskuteczniej ziemię wokół korzeni winnej latorośli itp.).
Zwyczaj takiego, a nie innego grodzenia swoich parcel pochodzi jeszcze z dawnych wieków, kiedy to Cystersi i Benedyktyni, ale głównie Cystersi, opracowywali, w mozole czoła, system klasyfikacji i kwalifikacji działek rzeczonych. Ich praca nie poszła na marne, bowiem legła u podstaw dzisiejszego systemu burgundzkich apelacji.
Legenda głosi, iż mnisi ci, aby dostatecznie i perfekcyjnie zaiste zrozumieć terroir każdego z clos, jedli w tym celu jakże ubogi tutaj grunt. Tak powiada legenda. Już jednak wcale nie legenda stwierdza jednoznacznie, iż NIGDY, nie pomylili się oni w określeniu, które miejsca nadają się do uprawy Pinot Noir, które Chardonnay, a którymi nie warto zawracać sobie głowy. Dzisiaj mamy do dyspozycji w celu prowadzenia podobnych, geologiczno-klimatyczno-winogrodniczo enologicznych badań, ultra nowoczesne laboratoria (Laboratoires Viticoles). Nota bene nie są one aż do tego stopnia nieomylne jakby się zrazu zdawało. Bogobojni braciszkowie, okazali się być, już w Średniowieczu, bardziej precyzyjnymi i bardziej nieomylnymi niż najnowsze zdobycze techniki.
Do sprawy braciszków będę musiał wkrótce powrócić, bo temat jest ze wszech miar pasjonujący, ale na razie o działkach czyli clos, niejednokrotnie zwanych tutaj również climats.
Pierwotnie więc dzisiejsze rozdrobnienie działek, wzięło się z prac Cystersów, którzy nadzwyczaj dokładnie opisali różnice w terroir każdej z nich. Z kolei, jako iż uwarunkowania klimatyczno-glebowe są tutaj nad wyraz urozmaicone i mega skomplikowane, trudno się dziwić aż tak znacznej mnogości przeróżnych parcel, czyli clos. To był jednak dopiero tylko początek. Najbardziej do masowego „pączkowania” parcel, przyczyniły się jednak tak meandry historii, jak i idiotyczne, lokalne prawo dotyczące dziedziczenia.
Otóż historia pokazała tutaj swój lwi pazur w okresie Rewolucji Francuskiej (1789 r.), kiedy to władza ludowa znacjonalizowała wszystkie majątki (skąd my to znamy ?) i w drodze licytacji sprzedała je ludowi. Nie można tutaj również nie wspomnieć o drobnej, acz jakże charakterystycznej różnicy pomiędzy Bourgogne, a Bordeaux. Otóż w tym jakże ponurym okresie, bordoska arystokracja i szlachta, zdecydowały się współpracować (czytaj: kolaborować) z Jakobinami, dzięki czemu uchronili oni i uratowali znakomitą większość swoich majątków nieomal w całości. Burgundia natomiast, i jej ówcześni mieszkańcy, okazali się być po raz kolejny nad wyraz szlachetnymi, za co spotkała ich opisana wyżej „nagroda”.
W owym to też czasie, wyeksmitowano „na bruk” braciszków Cystersów z ich legendarnej siedziby – Château Clos de Vougeot, a zamek zlicytowano (dzisiaj stanowi on własność Republiki, i jest zarządzany przez elitarne bractwo Confrérie des Chevaliers du Tastevin.). Lokalne prawo, z kolei stanowiło, iż majątek dziedziczą wszystkie dzieci tzn. spadkobiercy w równym stopniu. Co to znaczyło i jakie były konsekwencje takich, a nie innych przepisów, nie trzeba chyba eksplikować. Dzisiaj rzeczone przepisy, już się podobno zmieniają na bardziej sensowne i życiowe
Prawdziwy krajobraz, stanowią tutaj tysiące owych clos, niejednokrotnie mających rozmiar „znaczka pocztowego” (znajduje się tutaj np. najmniejsza apelacja w świecie, a mianowicie La Romanée, zajmująca „aż” całe 0,8 ha). Burgundia jest więc rozparcelowaną mozaiką działek, gdzie różnice w terroirs są już nie tylko centymetrowe, ale wręcz milimetrowe.
Powiadają, iż życia nie starczy żeby zdegustować wszystkie prawdziwe burgundy.
Zarejestrowanych winiarzy, produkujących tutaj swoje własne wina (domaines viticoles) jest prawie 4 000. Ale to przecież jest dopiero preludium. Nie zapominajmy bowiem, iż każdy z producentów posiada rozproszone „udziały” w szeregu parcel w całej Burgundii. Niech najlepszym przykładem będzie tutaj Domaine Olivier Leflaive, który jest znaczącym winiarzem, ale wcale nie klasyfikowanym pośród „największych”. Otóż w portfelu winiarskim Olivier’a jest ni mniej, ni więcej jak 75 różnych win białych (z 7-u apelacji, poczynając od Grand Crus) i 30 różnych czerwonych (od Premier Crus po Bourgognes).
Innymi słowy do zdegustowania jest 4 000 pomnożone przez kilka lub kilkanaście win z każdej z apelacji; nie wspominając o różnych działkach (climats) z tej samej apelacji, czy też [co roku] różnych rocznikach (millesimés).
Kluczem do zrozumienia pojęcia Wielkich Crus Burgundii, jest właśnie fakt, iż terroirs, jakie winna latorośl tutaj znajduje, różnią się od siebie, czasem nawet zasadniczo.
Innymi więc słowy, każda z nich rodzi innego burgunda, nawet w ramach tej samej apelacji. W Burgundii, kiedy mówimy o winnicy to wcale nie mamy na myśli hektarów, a raczej metry kwadratowe, gdzie każda, nawet najmniejsza piędź gruntu jest na wagę złota (Côte d’Or – Złote Zbocze).
To jednak jeszcze nie wszystko. Parcele owe, należą bowiem, z reguły, do szeregu właścicieli, z których każdy przecież wytwarza swoje burgundy wyłącznie według swojego unikalnego i niepowtarzalnego stylu. Na przykład najsłynniejsza winnica Grand i Premier Cru – legendarnego Château du Clos de Vougeot, to ok.50 ha, ale należących do 80 właścicieli (winiarzy i winogrodników) !.
Pierwsza „pisana” wzmianka na temat burgundzkich winnic nosi datę 312 roku i nazwę discours d’ Eumène (przemowa Eumene’a).
Zupełnie unikalny puzzle burgundzkich terroirs, bierze swój początek w epoce jurajskiej (150 mln lat temu), kiedy to powolna sedymentacja pozwoliła na osadzanie się złóż wapienia, gliny i margli, które tworzą dzisiaj grunt dla tych wszystkich niezwykłych siedlisk.
Prawdopodobnie dlatego właśnie, studiami na jakie lokalni winiarze najchętniej wysyłają swoich następców i następczynie, to [oczywiście] – enologia, ale również, prawie w tym samym stopniu……geologia.
Musiały dopiero minąć całe wieki, a także przeminąć cała masa pokoleń winiarzy i winogrodników, zanim przy pomocy przeróżnych eksperymentów, a szczepień ogrodniczych w szczególności, uzyskano najbardziej odpowiednie odmiany winorośli, tak aby w pełnej symbiozie z tutejszymi unikalnymi terroirs, rodziły najwspanialsze grona, a w konsekwencji aby powstawały największe wina świata.
Owa symbioza, oznacza tutaj perfekcyjną wprost harmonię i równowagę pomiędzy wykształconymi szczepami (Pinot Noir i Chardonnay), rodzajem gruntu, nad wyraz kapryśnym klimatem, a tradycyjnymi metodami winifikacyjnymi stosowanymi tutaj od pokoleń. Wystarczy wspomnieć, iż „królewski” Pinot Noir daje w samym Côte d’Or najwspanialsze rezultaty, ale już we wcale nie tak odległym Beaujolais (ok. 100 km. na południe), rezultaty te są bardziej niż rozczarowujące.
Kilka uwag ogólnych, pisanych bez ładu i składu, ale za to z ogromnym sercem o bajkowym zaiste miejscu jakim jest Bourgogne.
*********************************************************************
CZĘŚĆ VIII
BURGUNDY CZERWONE
Legendarny, kapryśny, zmysłowy, niepowtarzalny, trudny, zagadkowy...to tylko kilka z powszechnie używanych określeń dla Pinot Noir.
Żeby nie wspomnieć anglojęzycznych opisów czołowych krytyków winiarskich:
* The most romantic of wines, with so voluptuous a perfume, so sweet an edge, and so powerful a punch that, like falling in love, they make the blood run hot and the soul wax embarrassingly poetic (Joel Fleischman, Vanity Fair)
* A good Pinot Noir is like an orgasm (Victoria Moore, The Telegraph)
Pinot Noir pochodzi z nadzwyczaj kapryśnej klimatycznie Burgundii. Lubi chłodne i nieprzewidywalne klimaty. Nieprzewidywalne w równym stopniu w jakim jest on sam. Dlatego też poza swoim burgundzkim matecznikiem, tak naprawdę udaje się tylko w kilku miejscach w świecie.
Najbardziej charakterystycznymi cechami tych wielkich win, jest ich delikatność, kruchość, subtelność i smukłość (finesse), a także obecność wspaniałych nut owocowych: wiśnie, czereśnie, czarne i czerwone porzeczki. Zarówno w bukiecie, jak i w smaku.
Niektóre zaznaczają stajenne tło, charakterystyczne dla win winifikowanych tradycyjnymi metodami.
Ubogie w taniny, czerwone burgundy osiągają swoje apogeum w dwa do pięciu lat od zbiorów, jednak szereg z nich osiąga ten pułap dopiero po 20 – 50 latach leżakowania (vins de garde). Wina takie, osiągają niejednokrotnie zaiste astronomiczne ceny, a legendarne Romanée Conti jest najdroższym winem w świecie.
Właściciel jednego z najmodniejszych WineBarów na Manhattanie, w obliczu błyskawicznie rosnącego popytu i popularności burgundów pośród młodych, przebojowych, świetnie wykształconych i sytuowanych entuzjastów wina, powiada z najgłębszym przekonaniem, iż dla rzeczonych yappies:
bordeaux are too much rolex & rolls type
Nie tylko jednak w USA, burgundy robią zawrotną zaiste karierę. Chiny równie skutecznie stają w szranki i zdecydowanie dorównują kroku. Na ostatniej tegorocznej (2011 r.) aukcji w Hong Kong’u, kolekcja 55 butelek DRC (Domaine Romanée-Conti, roczniki od 1952 do 2007) została sprzedana chińskiemu kolekcjonerowi za US$ 813 333.-, innymi słowy średnio US$15 000.- za butelkę.
(cdn)
Kilka uwag ogólnych, pisanych bez ładu i składu, ale za to z ogromnym sercem o bajkowym zaiste miejscu jakim jest Bourgogne.
*********************************************************************
CZĘŚĆ VII
CRÉMANT DE BOURGOGNE
Ojczyzną crémants, podobnie zresztą jak i szampana, jest Francja gdzie poczytywane są jako wina musujące wysokiej jakości. Zdobywają więc coraz więcej zagorzałych zwolenników, już nie tylko w samej Francji, ale i na całym świecie. Powiadają oni z całym przekonaniem, iż crémant jest w równym stopniu szampanem, ale za to jest o wiele tańszy. Wszyscy zwracają uwagę również na fakt, iż dobry crémant jest o wiele lepszy niż słaby szampan.
Spośród szerokiej gamy crémants, tzn. win musujących produkowanych metodą tradycyjną (méthode champenoise), najbliższym Jego Wysokości Szampanowi, jest Crémant de Bourgogne. Wytwarzany nie dość, iż identycznie jak w Szampanii, to jeszcze z gron takich samych szczepów (Chardonnay, Pinot Noir i Pinot Meunier).
Burgundzkie crémants odznaczają się świeżością Chardonnay, silnie popartą nutami zielonych jabłek i dojrzałych gruszek. Stają się jeszcze bardziej ekspresyjne i solidniej zbudowane kiedy do kupażu dodany jest Pinot Noir. Na szczególną uwagę zasługują w swoim wydaniu różowym, a więc Crémant de Bourgogne, Rosé.
Innymi słowy, crémant, to nic innego jak szampan, tyle tylko, że w wersji ekonomicznej.
Zwyczajowo, we Francji, podaje się szampana "od wielkiego święta" (ślub, chrzciny, Nowy Rok, uroczystość rodzinna etc), natomiast crémant - "do stołu":
Kilka uwag ogólnych, pisanych bez ładu i składu, ale za to z ogromnym sercem o bajkowym zaiste miejscu jakim jest Bourgogne.
*********************************************************************
CZĘŚĆ VI
BIAŁE BURGUNDY
Matecznikiem Chardonnay, najpopularniejszego szczepu świata, jest Burgundia.
Powstają tutaj największe białe wina naszego globu.
Pierwowzorem potężnych białych win dębowych są burgundy - wytwarzane wyłącznie z gron Chardonnay.
Jeszcze do drugiej połowy ubiegłego wieku, wina te uznawano za jedyne liczące się na świecie wielkie wina białe, a najlepsze z nich wyznaczały najwyższe ceny białych win. Gdy winiarze z nowych regionów winiarskich, takich jak Kalifornia czy Australia, rozpoczynali produkcję win tłoczonych z Chardonnay, w zasadzie wzorowali się na winach burgundzkich.
Poza Burgundią styl tych win niejednokrotnie ulegał zmianie – stawał się bardziej owocowy, bardziej dębowy, nieco słodszy, bardziej aromatyczny i często o wyższej zawartości alkoholu. Ten inny, nowoświatowy styl jest wynikiem uprawy winnej latorośli w łagodniejszych, bardziej słonecznych i ciepłych klimatach, co sprzyja wytwarzaniu większej ilości cukru gronowego w jagodach winogron.
Klasyczne, wielkie białe burgundy (np. Montrachet, Meursault, Corton-Charlemagne, Chablis GC) fermentowane są w beczkach. Beczkach wykonanych [ z reguły ] z dębu francuskiego i, też z reguły, przez lokalnych burgundzkich bednarzy.
Wina fermentowane i dojrzewane w dębowych beczkach, zwykle przechodzą tamże zarówno fermentację jabłkową, jak i mlekową (malolaktyczną). Dzięki temu, stają się mniej cierpkie, wywołują łagodne kremowe wrażenie w ustach, a czasem mają nieco maślany aromat. W konsekwencji, osiągają silną koncentrację aromatów, zaokrąglenie i łagodność.
Najczęściej odnajdywane nuty, to: białe kwiaty (lipa, rumianek, kwiat pomarańczy), suszone owoce, marcepan, rodzynki, migdały, miód, a także kandyzowane owoce.
Kilka uwag ogólnych, pisanych bez ładu i składu, ale za to z ogromnym sercem o bajkowym zaiste miejscu jakim jest Bourgogne.
*********************************************************************
CZĘŚĆ V
Może dlatego burgundy są [ z pozoru ] tak łatwe i proste w percepcji, bowiem są to wina wyłącznie jedno szczepowe, a więc nie ma tutaj miejsca na kupażowanie ze sobą dwóch lub więcej rodzajów winogron.
Chimeryczna klimatycznie Burgundia jest miejscem narodzin największego białego szczepu winogron [ obok Rieslinga ] w świecie, a mianowicie Chardonnay , ale również narodzin najbardziej legendarnego, zmysłowego i kapryśnego Pinot Noir(PN).
Wyłącznie z tych właśnie winogron robi się burgundy:
* białe z Chardonnay
* czerwone z Pinot Noir
Jednak, jak to w winiarstwie zwykle bywa, muszą i tutaj być wyjątki. Największym z nich jest Beaujolais, tłoczone wyłącznie z gron Gamay. Istotnym wyjątkiem jest również lokalny szczep Aligoté. Istotnym dlatego, że pomimo, iż samo wino nie jest specjalnie cenione (wysoka kwasowość), to znajduje ono istotne zastosowanie w gastronomii burgundzkiej, a więc w słynnej kuchni na winie. Aligoté jest również jednym z dwóch (obok Créme de Cassis) składników najsłynniejszego burgundzkiego apéritif, a mianowicie Kir.
O jakości burgunda świadczy jego pochodzenie. A właściwie to nie jego pochodzenie, ale miejsce urodzenia winogron, z których został on wytłoczony.
Im lepsze pochodzenie, tzn. im winogrona pochodzą z lepszej działki, tym wino będzie lepsze i cenniejsze, a przeto niestety droższe. Najlepsze referencje to działki oznaczone Premier Cru (PC) i Grand Cru (GC). Ceny burgunda mogą tutaj osiągać zaiste astronomiczne rejestry. Inaczej się ma już z apelacją Village, gdzie ceny są znacząco niższe, co jednak wcale nie znaczy, iż ma to odzwierciedlenie w jakości wina. Największym wyzwaniem więc w poszukiwaniu tutaj najlepszego wina za świetną cenę jest znalezienie Village, ale o jakości PC lub GC.
Nie jest to wbrew pozorom wcale takie trudne, bowiem o fakcie czy działka jest takiej, a nie innej apelacji (Bourgogne, Village, PC, GC) decyduje INAO (Institut National d’Apellations d’Origine), które jest państwową, skostniałą i mocno stetryczałą instytucją. Instytucją, która zdaje się nie nadążać za dynamicznym rozwojem sztuki winiarskiej, co objawia się na ten przykład w ich totalnym zagubieniu się w jaki sposób traktować wina biologiczne i uprawy biodynamiczne. Innym jakże charakterystycznym przykładem organizacyjnego bezwładu tej szacownej instytucji, niech będzie fakt, iż w dwóch wielkich zaiste, „czerwonych” apelacjach Côte de Beaune, a mianowicie Volnay i Pommard nie ma ani jednej działki GC, podczas kiedy jakość szeregu burgundów tutaj wytwarzanych jest taka, iż (jak to niektórzy powiadają):
Kilka uwag ogólnych, pisanych bez ładu i składu, ale za to z ogromnym sercem o bajkowym zaiste miejscu jakim jest Bourgogne.
*********************************************************************
CZĘŚĆ IV
Ilekroć dobry los rzuciłby Cię do Burgundii, zechciałbyś zdegustować słusznego burgunda i zajrzałbyś do lokalnego winiarza „z krwi i kości” i „z dziada pradziada”, możesz założyć z największa dozą prawdopodobieństwa, a raczej pewności, iż zostaniesz zawsze bardzo gościnnie przyjęty przez samego gospodarza (o ile oczywiście nie jest on akurat dans les vignes tzn. w winnicy), spotkasz więc postać w [najczęściej] zabłoconych butach, w poplamionym winem i mocno sfatygowanym ubraniu. Postać, której nazwisko jednak widnieć będzie dumnie na etykiecie każdej z butelek, jaką będziecie degustować. Pamiętaj jednocześnie żeby zarezerwować sobie sporo czasu na podobną wizytę, bowiem pośpiech tutaj jest oznaką faux pas. Nie uchodzi również nie zakupić przynajmniej 2-3 butelek przy pożegnaniu „na drogę”.
Nieco inaczej wyglądałaby podobna wizyta w regionie Bordeaux. Gdybyś więc zechciał łaskawie odwiedzić któryś z renomowanych châteaux, to również spotkasz się z nadzwyczaj gościnnym przyjęciem. Zaopiekuje się więc Tobą mega-profesjonalnie jedna z nad wyraz elegancko odzianych postaci z następującego areopagu: sales manager, pr manager, marketing manager lub export manager. Mega-profesjonalnie i totalnie bezosobowo. Będzie również mało prawdopodobne żebyś spotkał się z właścicielem, bowiem praktycznie niemal wszystkie sensowne châteaux należą tutaj li to do wielkich korporacji, li to do mega zamożnych arabskich szejków, a od pewnego czasu do równie obficie nadzianych Chińczyków i Rosjan.
Kolejną różnicą pomiędzy tymi dwoma regionami jest to, iż w Bx stosowana jest nazwa château (zamek), natomiast w Bgne, domaine (domena). Oczywiście w szeregiem wyjątków, jak to w winiarstwie zawsze bywa.
Wracając teraz do naszych baranów.
Jeszcze fajniej jest w Bgne kiedy zamieszkasz u winiarza (chambres d’hôtes), u którego poza samymi pokojami typu Bed&Breakfast jest też tzw. table d’hôtes Zostaniesz wówczas zaproszony (odpłatnie) do domowego stołu na typowo burgundzkie jedzonko z winami gospodarza. Typowo burgundzkie jedzonko to znaczy zaczniecie od apéro czyli apéritif np. kir albo kir royale z amuse gueule (coś „na ząbek”) na ten przykład gougéres, dalej przystawka np. ślimaki (escargots), potem danie główne np. bœuf bourguignon (wołowina po burgundzku), sery (typowe lokalne sery to np.: citeaux, brillant-savarin, epoisses, soumaintrain ) i deser (np. mousse au chocolat albo tarte aux fruits). Do każdego dania (ale raczej za wyjątkiem deseru), stosownie dobrany inny burgund, a na sam koniec digéstif (z reguły marc de Bourgogne).
(cdn)